Wywiad z ks. Zdzisławem Urbanikiem – cz. III

with Brak komentarzy

Może coś jeszcze więcej o waszych michalickich początkach. 

Same początki są już zrelacjonowane. Wyszedł kiedyś numer „Wspólnoty” kleryckiej pod tytułem „Wspólnota Misyjna”. Można tam znaleźć wiele interesujących szczegółów również o początkach. Jest też pozycja książkowa „Michalici na Kontynencie Nadziei” w wersji dwujęzycznej. Gdy ja, jako piąty, dotarłem do Paragwaju od 7 lat pracowali już inni. Organizowali duszpasterstwo w kościołach centralnych i w stacjach misyjnych oraz struktury Zgromadzenia jak kupno terenu czy budowanie domów. Trudno więc było wymagać, aby oddawali się tłumaczeniom, mimo że pragnęli na nowej ziemi zaszczepić charyzmatyczne dziedzictwo jakie zostawił Ojciec Założyciel.

 

Ich rozumiemy, a ksiądz…?

Mnie od samego początku nurtowała myśl, żeby tłumaczyć O. Założyciela. Wymagało to znajomości języka, sztuki odczytania przemyśleń autora, jego przekonań, a potem przełożenia na papier. Zadanie bardzo trudne. Ale „Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje”. Tłumaczenie nie było dla mnie zgłębianiem tekstów, aby odkryć serce O. Założyciela, ale pozwalało mi go poznawać.

Powoli, krok po kroku, odkrywałem zdumiewającą drogę do nieba ks. Bronisława Markiewicza, który uczył jak żyć Bogiem, jak się modlić, jak kochać człowieka i swój naród oraz jak żyć w powściągliwości i pracy.

 

Z pewnością oprócz poznawania i odkrywania na nowo naszego Ojca Założyciela, czerpał też ksiądz z tego trudu inne korzyści…

…zajęcie to stało się dla mnie sprawdzianem możliwości językowych i porwało mnie do ciągłego odkrywania nieznanych mi tajników nowej mowy. To odkrywanie zresztą fascynuje mnie do dziś. W pewnym momencie poczułem, że jest to coś mojego.

 

No właśnie, „to coś mojego” stawało się już pasją tłumaczenia, ale jak ksiądz organizował warsztat pracy i jak zdobywał materiały źródłowe?

Oryginalne roczniki „Powściągliwości i Pracy” 1898-1912 oraz obydwa tomy „Przewodnika dla Wychowawców” przywiózł ks. Jan Sołdyga. Kiedy tłumaczyłem „Ćwiczenia duchowne”, sprowadziłem sobie z Hiszpanii „Nowennę do Dzieciątka Jezus”, św. Alfonsa  z 1849 r. Kosztowało mnie dużo, ponad 100 euro, ale warto było, gdyż ks. Br. Markiewicz pisząc Ćwiczenia… szeroko korzystał z tej pozycji. Kolejność rozdziałów i ich tytuły w Ćwiczeniach  zbliżają się, by nie powiedzieć są takie same jak w Nowennie. Inne materiały źródłowe zdobywałem przy okazji pobytu w rodzinnym kraju. Gdy byłem w Polsce pierwszy raz po wyjeździe do Paragwaju, skopiowałem listy ks. Markiewicza zebrane w tzw. Archiwum Tom I i II. Oprawiłem je i na odwrotnej stronie kartek zacząłem tłumaczyć. Taka forma pracy jest dowodem, że wówczas nie bardzo zdawałem sobie sprawy o rozmiarze przedsięwzięcia, jakiego się podjąłem.

 

Każda praca wymaga dobrej i przemyślanej metody. Jak to wyglądało ?

O materiałach żródłowych już wspomiałem. Na początku nie miałem komputera, nie było Internetu. Jedynie maszyna do pisania, książki i słowniki, które były wielkim skarbem. Dziś wszystkie materiały źródłowe, o których wspomniałem mam w postaci cyfrowej.

Kiedy byłem odpowiedzialny za kleryków w Ñemby postanowiłem sobie, by przetłumaczyć codziennie jeden list ks. Br. Markiewicza. Oczywiście zmieniałem kryteria, ale miałem na uwadze, żeby trzymać się przyjętych założeń.

 

Dużo czasu zajmowała księdzu ta pasja?

Kiedyś jeden z bliskich mi współbraci zapytał mnie, kiedy ja wykonuję obowiązki zlecone mi przez przełożonych skoro tyle czasu poświęcam na tłumaczenie. Myślę, że to kwestia pasji, jak mówi siostra Eligia, i miłości. Wykorzystywałem aurę. Gdy padał deszcz, mogłem przeznaczyć więcej czasu na tę pracę i przyśpieszyć ją. Przy takiej pogodzie życie w Paragwaju ogranicza się do pobytu w domu. Pasja tłumaczenia ogarnęła mnie tak mocno, że zrezygnowałem z poobiedniej sjesty. Zaniechałem oglądania telewizji. Te kryteria okazały się bardzo skuteczne. Bo nawet nie zdałem sobie sprawy jak szybko przybywały strony z hiszpańskimi tekstami Ojca Założyciela. Każda strona, którą tłumaczyłem mobilizowała mnie do dalszej pracy.

 

…i na pewno do picia sławnego terere… o którym słyszałyśmy w Afryce.

Kto postawi swoje stopy w Argentynie czy Paragwaju, zauroczy się zwyczajem, który ma kontekst „czarodziejski”, a polega na spożywaniu napoju orzeźwiającego, który nazywa się terere lub mate, w zależności od przygotowania. Zwyczaj picia tego napoju wprowadza w klimat fascynującej rzeczywistości, do której michalici przybyli prawie 50 lat temu. Napój terere lub mate zrobione z ilex paraguariensis jest symbolem braterstwa i przyjaźni, który każdego przybysza oczarowuje, ale nie jest substancją czarodziejską. Tym napojem dzieli się każdy z każdym, nawet z nieznajomym.

 

Kiedy pierwszy raz skosztował ksiądz tego cudownego napoju?

Już w pierwszych dniach pobytu w Paragwaju, gdy jechałem na moją pierwszą placówkę. Było to w lutym 1984 roku w autobusie kursowym z Asunción do Natalicio Talavera. W temperaturze dochodzącej do 40º ciepła bardzo szybko poczułem pragnienie. Ale też przyglądałem się kierowcy i konduktorowi, którzy pili jakiś napój z niespotykanego dla mnie naczyńka z rurką, do którego nalewali wodę. Kiedy skosztowałem tego napoju, siły wróciły do mnie. Szerzej o tym piszę tutaj: https://misje.michalitki.pl/2019/10/10/slady-pod-krzyzem-poludnia-czarodziejskie-naczynko/

 

Wyobrażam sobie, że ten zwyczaj praktykują wszyscy

Oczywiście. Terere widać wszędzie, przede wszystkim w upalne dni, a mate w porze zimowej i rano. Przy pracy jest bardzo orzeźwiającym napojem, gdyż uzupełnia płyny w organiźmie utracone w gorącu.

 

I tak powoli, każdego dnia, Ojciec Markiewicz stawał się bliższy człowiekowi z Kontynentu Nadziei

Zatopiony w lekturze pism miałem wrażenie jakby O. Założyciel pisał dla Ameryki Południowej, poruszając sumienia tutejszych polityków i napiętnując kupowanie głosów wyborczych oraz wzywając do prowadzenia oszczędnego i skromnego życia, czyli praktykowania powściągliwości i pracy. Także wówczas, gdy wołał o zaangażowanie się świeckich w katechezę, która jest praktyczną odpowiedzią na hasło „Któż jak Bóg”. Gdyby błogosławiony ksiądz Markiewicz żył w naszych czasach, napewno podniósłby także takie kwestie jak handel dziećmi i narkotykami; jak gromadzenie bogactw w rękach niewielu i ciągle rosnąca przepaść między bogatymi a biednymi oraz porwania i wrzące slumsy. Bo to są współczesne tragedie Ameryki Południowej.

c.d.n

Zostaw Komentarz